Zastanawiałam się kiedyś co ze mną nie tak, że nie doświadczyłam nigdy tęsknoty za drugą osobą. Jak to możliwe, że nigdy nie brakowało mi czyjegoś głosu, dotyku, szeptu ? Chyba po prostu relacje dla mnie ważne utrzymuję na tyle ściśle, że na tęsknotę nie mam szans, jeżeli już to wyraża się ona czysto mentalnie, gdyż nie okazuję cielesnej fascynacji wobec przyjaciółki czy członków rodziny... Pierwszy raz zdarza mi się tak odczuwać czyjś brak. To dziwne, bo przecież zauroczona już bywałam, całowałam kilku mężczyzn i z kilkoma byłam na romantycznych spacerach... A jednak on nie daje mi spokoju.
Rozluźnianie emocjonalnej więzi skończyło się trzygodzinną rozmową o uczuciach pośród zabytkowych kamienic, w blasku gasnącego księżyca... Nie umiałam mu odmówić spotkania, bo tak pragnęłam go zobaczyć... Masohistycznie rozdrapywałam przy nim swoje rany, odpychając jego przytulające ramię i ocierającą łzy dłoń.
Wiem, to był błąd. Kolejny z serii. Przypłacony oczywiście przeziębieniem...
Ale od tego czasu minął już tydzień. Brakuje mi go cholernie, jednak tym razem postawiłam sprawę jasno... Nie poszłam na kolejną "przyjacielską" kawę. Nie odpisałam na kilka wiadomości.
W przypływie odwagi (bądź chęci zadania sobie cierpienia) napisałam, że nie umiem tak dłużej, że albo jesteśmy tylko dalekimi znajomymi, utrzymującymi przypadkowy kontakt, albo...
Jednak zeszła sobota była tylko preludium do sonaty cierpienia rozegranej na przestrzeni ostatnich dni.
Odwlekałam moment powrotu do domu jak najdłużej. Z jednej strony czując tęsknotę za siostrą i tatą, czując się zobowiązana do wspierania ich, z drugiej zaś przerażona wizją bezsennych nocy z początku ubiegłego listopada...
Nie ja jedna skapituowałam. Zgodnie zamiast na cmentarzu spędziliśmy ten dzień z babcią. Owszem posprzątaliśmy grób, kupiliśmy przepiękne bordowe chryzantemy (takie jak lubiłaś), zapaliliśmy znicze... Żadne z nas nie umiałoby jednak uczestniczyć w Echarystii na cmentarzu... Boli kilkunastominutowa refleksja nad pomnikiem, więc półtorej godziny byłoby nieskończoną udręką....
To dziwne, kiedyś wydawało mi się, że rok to dość długi okres czasu, dziś mam wrażenie jakby minęło raptem kilka chwil, jakbym z tydzień temu czuwała przy Jej łóżku za zmianę włączając i wyłączając koncentrator tlenu, jakbym wczoraj nalewała Jej ostatnią porcję nutridrinka...
W szafie wiszą jej płaszcze, jakby tej zimy miała z nich znów skorzystać, w łazience stoją kosmetyki w razie potrzebowała by ich użyć, a ja używam Jej perfum by poczuć nieco otuchy w studenckim, samotnym pokoju....
Najgorsze jest to, że Jej śmierć jest teraz bardziej realna niż rok temu. Jest faktem, epokową zmianą, zwrotem akcji, ma konsekwencje, przeistacza cały nasz świat. Wciąż nie umiem bez niej żyć, wciąż słabo radzę sobie z byciem dorosłą... Wciąż chciałabym móc ją przytulić, spytać o radę, albo po prostu powiedzieć jej o trudach dnia codziennego...
Najcięższe doświadczenie przyszło jednak po rocznicy.
Wyzwaniu na imię "medycyna paliatywna"...
Dwa dni zajęć zniszczyły mnie psychicznie gorzej, niż ostatnie pięć lat studiów, dwa kolejne przede mną.
Nie dość, że na pierwszym seminarium wspominano o bólu i duszności (które wypełniały Jej ostatni tydzień życia), to na zajęciach właśnie mnie wyznaczono, do odegrania scenki przekazania pacjentce informacji o raku piersi z niekorzystnym rokowaniem...
Wstyd mi za to co zrobiłam, ale nie byłam w stanie ugasić emocji i podejść profesjonalnie do postawionego mi zadania. Za trzecim podejściem łzy poleciały same. Wyszłam z sali powodując konsternację prowadzącej zajęcia psycholog. Nikt z grupy nie zareagował.
Kolejny dzień nie był lepszy - dolegliwości z przewodu pokarmowego, leki przeciwwymiotne itd itp... A następnie opieka hospicyjna w domu. Zachowałam twarz. Choć prowadząca nieco zaciekawiona była rozległością mojej "praktycznej" wiedzy w tym temacie...
Obawiam się, że będzie jeszcze "ciekawiej"... Po lekturze poniedziałkowych zagadnień jestem bogatsza o wiedzę, jak bardzo (za przeproszeniem) spier****łam podejście do mamy zachowań w ostatnich miesiącach jej życia... Gdybym wpadła na pomysł wypożyczenia materiałów o psychopatologiach chorób nowotworowych, o strategiach radzenia sobie z wizją umierania...
Od zeszłego tygodnia ciągłym snem przespałam tylko noc z wtorku na środę (i zasadnicze znaczenie miało tu zabójcze połączenie nalewki wiśniowej z masą febrisanów oraz zmęczenie po podróży). Pozostałe noce wpół śpię, wpół rozmyślam, a nad ranem sięgam po Pismo, którym uspokojona doczekuję poranka... Oczywiście popołudniami odsypiam, dopóki nie wybudzę się z krzykiem z powodu zbyt jaskrawego snu...
Jak odpocząć od życia?