poniedziałek, 5 czerwca 2017

koniec mnie

za dwa tygodnie stracę prawie wszystko co mam...
za pół roku nie zostanie już nic z 'JA' które wypracowałam przez ostatnie sześć lat...

mam ochotę skończyć ze sobą zanim się to stanie

sobota, 19 listopada 2016

Już było lepiej. Już udawało mi się trymać 1400-1600kcal i ćwiczyć, zaczęłam nawet chudnąć....
Tydzień wolnego w domu, miliard napadów, morze alkoholu... i oto jestem, wszędzie poza udami cofnęłam się do stanu z połowy października... kurwa.
A do końca roku co raz bliżej....

Zaczynam na nowo.
Muszę zacząć na nowo.

Jeść jak najmniej.
Tylko tyle by zaspokajać głód.

Nie dawać sobie prawa do słodyczy i alkoholu.

Chcę wreszcie osiągnąć ciało, które będę w stanie zaakceptować.

sobota, 5 listopada 2016

Między wiedzieć a doświadczać.

Chyba muszę wrócić do regularnego przelewania moich myśli na klawiaturę, wtedy nawet gdy są zagmatwane zaczynają być choć nieco zrozumiałe.
(Powinnam też wrócić do regularnego ćwiczenia i ograniczyć jedzenie, ale to trudniej mi wyegzekwować).

Zastanawiałam się kiedyś co ze mną nie tak, że nie doświadczyłam nigdy tęsknoty za drugą osobą. Jak to możliwe, że nigdy nie brakowało mi czyjegoś głosu, dotyku, szeptu ? Chyba po prostu relacje dla mnie ważne utrzymuję na tyle ściśle, że na tęsknotę nie mam szans, jeżeli już to wyraża się ona czysto mentalnie, gdyż nie okazuję cielesnej fascynacji wobec przyjaciółki czy członków rodziny... Pierwszy raz zdarza mi się tak odczuwać czyjś brak. To dziwne, bo przecież zauroczona już bywałam, całowałam kilku mężczyzn i z kilkoma byłam na romantycznych spacerach... A jednak on nie daje mi spokoju.

Rozluźnianie emocjonalnej więzi skończyło się trzygodzinną rozmową o uczuciach pośród zabytkowych kamienic, w blasku gasnącego księżyca... Nie umiałam mu odmówić spotkania, bo tak pragnęłam go zobaczyć... Masohistycznie rozdrapywałam przy nim swoje rany, odpychając jego przytulające ramię i ocierającą łzy dłoń.
Wiem, to był błąd. Kolejny z serii. Przypłacony oczywiście przeziębieniem...
Ale od tego czasu minął już tydzień. Brakuje mi go cholernie, jednak tym razem postawiłam sprawę jasno... Nie poszłam na kolejną "przyjacielską" kawę. Nie odpisałam na kilka wiadomości.
W przypływie odwagi (bądź chęci zadania sobie cierpienia) napisałam, że nie umiem tak dłużej, że albo jesteśmy tylko dalekimi znajomymi, utrzymującymi przypadkowy kontakt, albo...
("Gdyby nie moja zdolność komplikowania sobie życia ten trzykropek byłby bardzo kuszący ;>" - B.)

Jednak zeszła sobota była tylko preludium do sonaty cierpienia rozegranej na przestrzeni ostatnich dni.

Odwlekałam moment powrotu do domu jak najdłużej. Z jednej strony czując tęsknotę za siostrą i tatą, czując się zobowiązana do wspierania ich, z drugiej zaś przerażona wizją bezsennych nocy z początku  ubiegłego listopada...
Nie ja jedna skapituowałam. Zgodnie zamiast na cmentarzu spędziliśmy ten dzień z babcią. Owszem posprzątaliśmy grób, kupiliśmy przepiękne bordowe chryzantemy (takie jak lubiłaś), zapaliliśmy znicze... Żadne z nas nie umiałoby jednak uczestniczyć w Echarystii na cmentarzu... Boli kilkunastominutowa refleksja nad pomnikiem, więc półtorej godziny byłoby nieskończoną udręką....

To dziwne, kiedyś wydawało mi się, że rok to dość długi okres czasu, dziś mam wrażenie jakby minęło raptem kilka chwil, jakbym z tydzień temu czuwała przy Jej łóżku za zmianę włączając i wyłączając koncentrator tlenu, jakbym wczoraj nalewała Jej ostatnią porcję nutridrinka...
W szafie wiszą jej płaszcze, jakby tej zimy miała z nich znów skorzystać, w łazience stoją kosmetyki w razie potrzebowała by ich użyć, a ja używam Jej perfum by poczuć nieco otuchy w studenckim, samotnym pokoju....

Najgorsze jest to, że Jej śmierć jest teraz bardziej realna niż rok temu. Jest faktem, epokową zmianą, zwrotem akcji, ma konsekwencje, przeistacza cały nasz świat. Wciąż nie umiem bez niej żyć, wciąż słabo radzę sobie z byciem dorosłą... Wciąż chciałabym móc ją przytulić, spytać o radę, albo po prostu powiedzieć jej o trudach dnia codziennego...

Najcięższe doświadczenie przyszło jednak po rocznicy.
Wyzwaniu na imię "medycyna paliatywna"...
Dwa dni zajęć zniszczyły mnie psychicznie gorzej, niż ostatnie pięć lat studiów, dwa kolejne przede mną.
Nie dość, że na pierwszym seminarium wspominano o bólu i duszności (które wypełniały Jej ostatni tydzień życia), to na zajęciach właśnie mnie wyznaczono, do odegrania scenki przekazania pacjentce informacji o raku piersi z niekorzystnym rokowaniem...
Wstyd mi za to co zrobiłam, ale nie byłam w stanie ugasić emocji i podejść profesjonalnie do postawionego mi zadania. Za trzecim podejściem łzy poleciały same. Wyszłam z sali powodując konsternację prowadzącej zajęcia psycholog. Nikt z grupy nie zareagował.
Kolejny dzień nie był lepszy - dolegliwości z przewodu pokarmowego, leki przeciwwymiotne itd itp... A następnie opieka hospicyjna w domu. Zachowałam twarz. Choć prowadząca nieco zaciekawiona była rozległością mojej "praktycznej" wiedzy w tym temacie...

Obawiam się, że będzie jeszcze "ciekawiej"... Po lekturze poniedziałkowych zagadnień jestem bogatsza o wiedzę, jak bardzo (za przeproszeniem) spier****łam podejście do mamy zachowań w ostatnich miesiącach jej życia... Gdybym wpadła na pomysł wypożyczenia materiałów o psychopatologiach chorób nowotworowych, o strategiach radzenia sobie z wizją umierania...
(Teraz mamo wiem, że Twoje zachowanie było wyrazem głównie poczucia winy i złości na samą siebie, odbijało się na nas, bo nie umieliśmy ukoić Twoich potrzeb bycia docenioną, Twoje krytyczne uwagi nie miały nas boleć, były wyrazem tęsknoty za straconą sprawnością, samodzielnością... Przepraszam, że byłam głucha na Twoje wołanie o pocieszenie...)

Czas pokaże jak to wszystko się rozwinie.
Od zeszłego tygodnia ciągłym snem przespałam tylko noc z wtorku na środę (i zasadnicze znaczenie miało tu zabójcze połączenie nalewki wiśniowej z masą febrisanów oraz zmęczenie po podróży). Pozostałe noce wpół śpię, wpół rozmyślam, a nad ranem sięgam po Pismo, którym uspokojona doczekuję poranka... Oczywiście popołudniami odsypiam, dopóki nie wybudzę się z krzykiem z powodu zbyt jaskrawego snu...

Jak odpocząć od życia?

wtorek, 25 października 2016

grafomanię popełniam raz za razem

Podjęchał po nią pod blok dokładnie o 16. Wyglądał inaczej niż go zapamiętała. Nie był tym blond- słodkim chłopczykiem, którego bez problemu traktowała jak młodszego brata.
Minęły zaledwie trzy tygodnie, a stał przed nią jakby inny mężczyzna. Wysoki szatyn w eleganckim grafitowym flauszowym płaszczu podkreślającym błękit jego oczu.
Zabrał ją na przejażdżkę, ot 20 kilometrów poza miasto, do pięknie utrzymanego kompleksu pałacy i ogrodów. Mieli iść na kawę, niestety restauracja o tej porze była już zarezerwowana dla gości weselnych, on jednak miał w zanadrzu plan B. Po chwili ujrzała go niosącego parasol i ogromny termos. O taką zapobiegliwość by go nie posądzała… Przecież to właśnie nieodpowiedzialność i bujanie w obłokach przekreślały jego niezaprzeczalne zalety, gdy spędzali ze sobą dzień po raz pierwszy…
Błądząc alejkami usłanymi kolorowymi liśćmi, podziwiając ostatnie kwiaty w  rozarium, pijąc kawę i paląc cygara spędzili wspólnie kilka godzin. Tylko zbliżający się wieczór, zimna, gęsta mgła i bezgwiezdne niebo zmusiły ich do powrotu.
Tuż przed planowanym rozstaniem zaproponowała, by nie kończyć tego spotkania zbyt wcześnie. Zachęcony jej przyzwoleniem zaprosił na kolację.
Mijały kolejne godziny, przelewały się krople łez szczęścia i litry cierpko-słodkiego guinnessa.
Wydawało jej się, że śni. Taki dzień nie miał prawa się wydarzyć… Ale…
To nie mógł być sen, jego słodkie, gorące wargi były zbyt namacalne, zbyt zaskakujące i zbyt zachłanne by mogły być wytworem jej wyobraźni. Pierwszy raz puzzle ułożyły się w całość… „a jednak” …



A  jednak potrafię czerpać przyjemność z bliskości międzyludzkiej, a jednak odczuwam pociąg, tylko drzemie on uśpiony na specjalne okazje… a jednak uwiodłam zajętego mężczyznę…

niedziela, 23 października 2016

19.10. 1450 + 45 ćwiczeń
20.10. 1600
21.10. 1600
22.10 2400 + alkohol
23.10. 1800 +40 min ćwiczeń

dobrze nie jest, ale tragedii też nie ma.
na urodziny dostałam cudowny prezent - wymarzoną randkę
(i "komplement" : "co się dzieje? znikasz w oczach")

środa, 19 października 2016

dałam ciała

12.10 1300 20 min  ćwiczeń
13.10 1500  60 min ćwiczeń
14.10 2700 bez ćwiczeń
15.10 2200 bez ćwiczeń
16.10 1850 bez ćwiczeń
17.10 1650 bez ćwiczeń
18. 10 1450 + 6 km marszu

wtorek, 11 października 2016

Wspołlokatorka prawdę powie

Ostatnie dni jedzeniowo nie były najgorsze:

2.10.1650 + 30 min ćwiczeń
3.10 1400
4.10 1500
5.10 1400 + 60 min ćwiczeń
6.10 1650 + 15 min ćwiczeń
7.10 1700 + morze rakiji
8.10 1650 + 60 min ćwiczeń
9.10 1500
10.10 1500 + 40 min ćwiczeń
11.10 1550 + 30 min ćwiczeń

O wpływie rakiji na życie pisałam. 

Wczoraj usłyszałam od mojej współlokatorki że ona nie boi się zjeść sernika, bo skoro ja tak dużo przytyłam a mimo to wyglądam nie najgorzej choć krągło i kobieco, to jej kawałek ciasta nie zaszkodzi.... 

Dziś usłyszałam, że "chyba wieszaki przestają być modne, bo wszystkie chude dziewczyny wreszcie zaczęły wyglądać normalnie, na przykład ty".

Dwie niezależne opinie podobno są wyznacznikiem obiektywnej prawdy. Obiektywna prawda o mnie jest taka że:
- wyglądam/ uchodzę za łatwą (patrz poprzedni post),
- jestem gruba.